Drugi obóz wędrowny pod patronatem Miecza Prawdy - Bieszczady 2014

Długo wyczekiwana relacja z naszych bieszczadzkich marszów. Aspekty: tekstowy, zdjęciowy i filmowy są dopieszczone jak nigdy wcześniej :) Zapraszamy...






 

 

 

14 lipca

9:30 – Kraków, czas start. Podróżowanie autostopem od zawsze wiązało się z ryzykiem. Ryzyko podjęliśmy wraz z Bratem za cel obierając Komańczę. Godzina wyjazdu też mogła być wcześniejsza – cóż. Wyszło, jak wyszło. Po niemal trzech godzinach oczekiwania na pierwszego autostopowiczobiorcę – ruszyliśmy. Miły Pan odczarował autostop tego dnia i od tej pory wszystko szło jak z płatka (no, może nie licząc burzy w Krośnie). Poprzez Pilzno, Brzostek, Krosno, Miejsce Piastowe, Rymanów, Sanok, Zagórz, Szczawne i Rzepedź w końcu trafiliśmy na pole namiotowe w Duszatyniu (i z tego miejsca kieruję wyrazy wdzięczności do kolejnego miłego Pana, który dostarczył nas dokładnie w miejsce, do którego z Komańczy zdążyli się już udać nasi oczekujący i zniecierpliwieni towarzysze w pogardzie mając wyżej wymienione deszcze i burze, tudzież obecne po nich błoto).

Na miejscu stawili się ostatecznie:Aven, DarkIta, Elenwe, Fenrin, wujek Franciszek,  Jaffar, Jarhem, Margoo, Nina, Rajek, Riko, Tomek, oraz Wisienka91.

Powitaniom oczywiście nie było końca, jednak to zmrok ustalił zasady twierdząc: najpierw rozbija się namiot, a później wita i integruje. Doglądający prac przy namiotach kot nie stwierdził żadnych  uchybień w wyglądzie pola namiotowego i oddalił się nieco, by z ukrycia doglądać, czy aby na pewno zachowujemy się przyzwoicie (bezpodstawnie(oczywiście!) wkraczając około północy na teren obozu w celu odwrócenia naszej uwagi od rozmów m.in. na temat dokarmiania różnych stworzeń bożych – w tym Fena, czy nauk Jaffara o ilości nadmanganianu potasu potrzebnego do wystarczającego zdezynfekowania butelki wody ze strumienia). Wieczorne ablucje w tymże strumyku wprowadziły nas niemal natychmiast w survivalowy klimat obozu i pewni, że jeszcze zdążymy wymienić się wszelkimi myślami, radami, dowcipami i pomysłami – posnęliśmy regenerującym snem strudzonych podróżników, którzy w kilku przypadkach tego dnia pokonali teren od Bałtyku aż po rzeczone Bieszczady.

 

 

images/stories/articles/285/061 - 1Frx6AY.jpgimages/stories/articles/285/068 - XJeTmiH.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9250.jpgimages/stories/articles/285/IMGP3955.jpgimages/stories/articles/285/IMGP3927.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9264.jpgimages/stories/articles/285/056 - 3jgdlqw.jpgimages/stories/articles/285/IMGP3911.jpg

15 lipca

Drogi pamiętniczku...
Piszę tak po raz pierwszy i ostatni, bo się śmieją, że robię notatki, żeby po zlocie mieć uporządkowane wspomnienia, z których łatwiej będzie mi stworzyć relację. Niech się śmieją, śmiech to zdrowie...

Po 1.5h marszu dotarliśmy w końcu nad malownicze Jeziorka Duszatyńskie. Popełniwszy tam odpowiednią ilość zdjęć (nadwornymi fotografami byli: DarkIta, Rajek, Jarhem i Jaffar) ruszyliśmy na Chryszczatą(998 m n. p. m.), gdzie dotarliśmy o 14:15. Pogoda próbowała nas postraszyć, ale delikatny kapuśniaczek nikomu nie był w stanie zepsuć humoru. Pierwsze szlakowe trudy zaowocowały 45 min. zasłużonym postojem, gdzie zaczęliśmy w końcu znacząco nadszarpywać wszelkie przygotowane przekąski, a tym samym odciążać plecaki. Mordercze zejście zatrzymało nas przy potoku i "żodyn" nie wiedział, że tuż za linią drzew była baza, do której zmierzamy, więc przystanęliśmy tam na chwilę nieświadomi bliskości celu. Od Chryszczatej potrzeba było godziny z kwadransem by zameldować się w studenckiej bazie namiotowej Rabe, gdzie odnalazłem Niebiańskie Szczęście – czyli rzeczony górski potok stanowiący główne źródło wody dla bazy. Dowiedziawszy się od przemiłej koordynatorki Mileny, że cisza nocna rozpoczęła się o 6:00 i trwać będzie do 22:00 zajęliśmy w tym czasie wspólny namiot, opatrzyliśmy go naszą flagą i dorwaliśmy się zarówno do ogniska, jak i do potoku.

Nazbierawszy drewna, posiliwszy się i zapożyczywszy gitarę, zasiedliśmy przy ognisku by słuchać głównie gry Rajka i śpiewu Jaffara wspomaganego nadobnymi głosami całej grupy. Poza ogniskiem przyświecał nam jeszcze księżyc w pełni i niezliczona ilość gwiazd, ale płynące chmury nie pozwalały nam nacieszyć się tymi widokami w pełni. Rozpoczęliśmy więc rytualną już zapewne zlotowo grę w Mafię, gdzie szczególnie zintegrowanymi graczami okazali się Fenrin i Tomek zwany także "Młodym Wu". Udało nam się także przeprowadzić kilka eksperymentalnych rund w dialekcie typowo śląskim, w którym oczywiście przodował mieszkaniec odległych rubieży około...gdańskich. Z humorami powyżej wszelkich wykresów powróciliśmy do namiotów by nabrać sił przed kolejnym wymagającym dniem pełnym marszu.

 

images/stories/articles/285/091 - uKy6tuq.jpgimages/stories/articles/285/098 - MGiSd88.jpgimages/stories/articles/285/051 - EA4dywQ.jpgimages/stories/articles/285/109 - uiCEvwz.jpgimages/stories/articles/285/104 - 33OgpGf.jpgimages/stories/articles/285/110 - HLM3EGA.jpgimages/stories/articles/285/030 - kS1CVuZ.jpgimages/stories/articles/285/065 - SzqNIcq.jpgimages/stories/articles/285/064 - 05HjLdS.jpgimages/stories/articles/285/136 - K7K9dso.jpgimages/stories/articles/285/145 - rgNx1U8.jpgimages/stories/articles/285/085 - ZkJttAV.jpgimages/stories/articles/285/139 - s7SW2bX.jpgimages/stories/articles/285/126 - oN5WAPe.jpgimages/stories/articles/285/155 - XVBf6l1.jpgimages/stories/articles/285/163 - nhrvGhl.jpgimages/stories/articles/285/214 - axtrWMn.jpg

16 lipca

Tajemniczy Chrupacz pojawił się późną porą... Tylko domysły krążą, kto mógł nim być i czy był świadom tego, co chrupał, ale według relacji Ity – chrupał zażarcie...

Początkowo szara pogoda wyrosła na dojrzałe i opalające na piękny brąz słoneczko, które towarzyszyło nam po drodze na Jaworne(992 m n.p.m.) i Wołosań(1071 m n. p. m.), który to był najwyższym punktem tego dnia. Trasa była wymagająca jedynie z początku z powodu nie do końca przetartego szlaku, ale fakt, iż wystarczyła jedynie półgodzinna przerwa świadczy o tym, że jedynie słońce przypiekało, a rezerwy kondycyjne miały się dobrze. Siły miały się wręcz nawet lepiej, z powodu poratowania ich znalezionymi na szlaku jagodami, którym poświęciliśmy kilka dłuższych chwil. Zameldowawszy się na Osinie rozpoczęliśmy miejscami bardzo strome zejście do Cisnej, gdzie pierwszy od Komańczy sklep z prawdziwego zdarzenia niebywale uradował strudzonych wędrowców ze względu na Płynne I Wysoce Orzeźwiające napoje z lodówki.

Kilka tych i innych napojów później udaliśmy się w kierunku pola namiotowego, gdzie na wejściu zostaliśmy poinformowani o obowiązujących zasadach.
Zarządziwszy dzień kultury i ustalając drakońskie kary za nadużycia, rozbiliśmy się tuż przy zakolu Solinki, której szmer przyjemnie kołysał do snu, ale o tym za chwilę. Prysznice z zimną wodą – darmowe pod warunkiem śpiewu (ładnego!) przypadły do gustu większej części załogi po czym w blasku ogniska pod strzechopodobnym dachem przegadaliśmy większą część nocy czyniąc w międzyczasie kilka organizacyjnych ustaleń. Gwiazdy wciąż miejscami tylko widoczne zza licznych chmur wciąż czekały na dobrą okazję, by pozwolić na siebie popatrzeć... Cytując za Rajkiem: w śpiworach "...odłożyliśmy swe myśli na nieboskłon niebytu".

images/stories/articles/285/221 - oar8857.jpgimages/stories/articles/285/230 - D8Cqj8Q.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9395.jpgimages/stories/articles/285/177 - KiOwNQp.jpgimages/stories/articles/285/002 - N59vBO5.jpgimages/stories/articles/285/169 - cB5qpZW.jpgimages/stories/articles/285/171 - e03Byck.jpgimages/stories/articles/285/174 - 5LSWkfq.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9410.jpgimages/stories/articles/285/IMGP4028.jpgimages/stories/articles/285/003 - nTlr7Vs.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9421.jpgimages/stories/articles/285/194 - 98l5Vnm.jpg

17 lipca

Niestety nadwyrężona kostka Fena nie pozwoliła mu wyruszyć z nami na szlak. Pożegnawszy się i unosząc tyle wspomnień ile się da – zniknął z oczu wyruszającym na szlak. Grupa idących zmniejszyła się poważnie z powodu leni... ale nisko było w tych góraaach! Wiedzieliśmy, że to nie Tatry, ale początkowy szlak był miły i przyjemny. Nieprzyjemne miało nadejść już niedługo. Pozbawieni Fena, Eli, Niny i Jaffara – obraliśmy za cel Rożki (943 m n. p. m.), gdzie dotarliśmy 20 minut po zegarowym południu. Południe słoneczne nas niestety ominęło z powodu burzy, która wręcz za punkt honoru postawiła sobie, żeby nas nie ominąć. Wydobywając z plecaków wszelkie metody ochrony przeciwdeszczowej zatrzymaliśmy się kwadrans przed Małym Jasłem(1102 m n. p. m.) gdzie przeczekaliśmy równie widowiskowe, co niebezpieczne pioruny.

Niewzruszeni tym faktem, a nawet nie bardzo zmoknięci poczuliśmy dziwny przypływ sił. Może to ten niemal godzinny przestój, a może coś innego... Wędrowało nam się jednak milej, przyjemniej, a co najważniejsze weselej. Jak sama nazwa wskazuje – uraczyliśmy mijanych turystów autorskimi zwrotkami melodii znanej szerzej jako "Morskie opowieści" wywołując na ich, a przede wszystkim na swoich twarzach ogromne automotywujące uśmiechy. Napotkane błoto nie przerwało naszego pochodu w kierunku Jasła (1153 m n.p.m.). I choć już po burzy widzieliśmy ogromne parujące chmury powstające z parujących po deszczu drzew, to dopiero na tym szczycie poczuliśmy, dlaczego nie warto było się poddawać i dlaczego warto było wziąć ze sobą aparat.

Opóźnienie spowodowane burzą dało jednak o sobie znać i nie mogliśmy poświęcić na zdjęcia aż tyle czasu, ile byśmy chcieli, aczkolwiek żaden z fotografów niespełniony z Jasła nie zszedł. Azymut przestawiliśmy na Okrąglik(1101 m n. p. m.), gdzie skacząc nad słupkami granicznymi ze Słowacją ostatecznie ruszyliśmy w kierunku wioski Smerek. Również tego dnia na niemal całym szlaku towarzyszyły nam jagodniki, co wciąż dodawało nam sił. Tych natomiast zażądała od nas błotnista trasa między Okrąglikiem, a Fereczatą (1102 m n. p. m.), na której chciałem już być o dwa wzniesienia za szybko, a na którą ostatecznie wspięliśmy się w okolicach 17:35. Taka nadzieja jednak okazała się bardzo przydatna, bo już od prawdziwej Fereczatej – szlak istotnie łagodnie opadał w dół i nawet błotem nie trzeba było się martwić aż tak bardzo. Widoków za to nam znowu góry nie poskąpiły. Wciąż parujące lasy i unoszące się z nich opary malowniczo wyglądały w promieniach przebijającego się niekiedy Słońca. W końcu postawiliśmy nogi w wiosce Smerek.

Zgodnie z poleceniami wydanymi przez telefon – szlakowi urlopowicze załatwili zakupy, miejsce do rozbicia namiotu, a także przygotowali kiełbaski i ogrooomną porcję mizerii, do której jeszcze częęęsto się uśmiechałem. Grający w pobliżu namiotów koloniści nie zarazili nas tego dnia entuzjazmem do piłki nożnej, ale po odpoczynku – odżyliśmy trochę i gdy na Mafię zrobiło się za późno – gościnna Nina zaprosiła do swego namiotu, gdzie pomysłowy Redaktor przedstawiał niezłomnie tajniki gry Kontakt. Zasad wysłuchali, grę docenili i sił w niej spróbowali: Nina, Elenwe, Jarhem, Aven i Riko. O nawet nie aż tak nieprzyzwoitej porze udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

images/stories/articles/285/_DSC9460.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9608.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9543.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9620.jpgimages/stories/articles/285/IMG_3196.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9612.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9653.jpg

18 lipca

Wątpliwa pogoda miała dla nas inne plany, więc zanim w pełni zebraliśmy się i przestawiliśmy na tryb gotowości do wymarszu – minęło sporo czasu. Nadrobiliśmy go tym razem wesołym busem, w którym do Soliny towarzyszyło nam troje nieco spiętych wędrowców. Kierowca był zaś na tyle miły, że zawiózł nas wprost do Bóbrki, gdzie ulokowaliśmy się w "Chatach u Anety", a dosłowniej rzecz biorąc we własnych namiotach w pobliżu tychże chat. Dopełniwszy formalności zaczęliśmy podziwiać jezioro Myczkowskie, w pobliżu brzegów którego stanął nasz ostatni obóz na tym zlocie. Warunki okazały się nadzwyczaj swojskie, a klimatu dopełniła studnia z żurawiem, skąd wodę do toalety przelewaliśmy do równie klimatycznej emaliowanej miednicy. Ze swojskich wyrobów również tam oferowanych nie skorzystaliśmy; skorzystaliśmy natiomast z boiska do piłki nożnej, choć i boisko do siatkówki było dostępne.

Jednogłośnie wybór Kapitanów drużyn padł na Elenwe i Ninę, które dobrały sobie następujące składy:
Drużyna Elenwe: Jaffar, Rajek, Młody Wu, Jarhem,
Drużyna Niny: Aven, Riko, Margoo, Wisienka91.
Pierwszą połowę drużyna Niny rozegrała dużo lepiej – wygrywając ją ze sporym zapasem punktów. Druga odsłona meczu była jednak bardzo wyrównana. Szczególnie długi okres wymienianych podań i ripostowanych strzałów na bramkę (które to fenomenalnie wybraniane były przez Obie Panie Kapitan wraz ze wzrastającym podziwem reszty zawodników) odczarowała w końcu Margoo, zdobywając bramkę na 4:3. W tyle zostawiając nie dające spokoju w czasie meczu meszki, wynik ustalony został na 10:9 dając zwycięstwo w tej połowie drużynie Elenwe, więc zmęczeni zdecydowaliśmy o zastosowaniu zasady złotego gola. Ten w udziale przypadł Redaktorowi (mej to skromnej osobie), choć przyznać muszę iż bywały strzały, które miały więcej praw do tego, by w bramkę wpaść, a nie wpadały. Pełni podziwu dla umiejętności bramkarskich naszych Pań i wytrzymałości pomimo tylu marszów w dniach ostatnich – rozpaliliśmy ognisko, przy którym spędziliśmy wieczór.
Chmury w końcu odpłynęły, pozwalając tym, którzy oddalili się nieco od ognia, na obejrzenie wielu spadających gwiazd leżąc w wilgotniejącej wieczorną rosą trawie. A ilość tych, które zdecydowały nie spadać – przewyższyła znacznie tę, którą mogliśmy oglądać na codzień we własnych miejscach zamieszkania. Tej właśnie nocy dopełniliśmy najlepiej dzieła integracji rozmawiając o wszystkim, o niczym, o życiu i na wiele wiele innych fascynujących tematów. Do namiotów wygoniła nas mgła, która stopniowo ograniczyła nasze pole widzenia niemal do kilku metrów. Spełnieni posnęliśmy wiedząc, że już nigdzie nie musimy się spieszyć.

images/stories/articles/285/_DSC9685.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9682.jpgimages/stories/articles/285/242 - Wc3Nsds.jpgimages/stories/articles/285/238 - WB2FtCE.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9743.jpgimages/stories/articles/285/_DSC9758.jpgimages/stories/articles/285/044 - dhtxOIP.jpgimages/stories/articles/285/IMG_3284.jpgimages/stories/articles/285/IMG_3280.jpg

19 lipca

Dopiero pół godziny przed południem udało nam się zebrać i wyjść by obejrzeć górujący nad nami i nad całą Bóbrką kamieniołom pod wzniesieniem Koziniec (521 m n. p. m.), w okolicach którego mieliśmy nadzieję odnaleźć dwie skrytki Geocachingu. Pierwszą odnalazła Elenwe, wprawiona już w takich bojach, a drugą wujek Franek, co nie było łatwe zważywszy na zmieniony w stosunku do opisu krajobraz okolicy. Do skrytek przekazaliśmy wraz z odpowiednią notą nasze MieczoPrawdowe zakładki (których mały zapas rozdawałem także na szlaku). Ukrywszy na powrót "skarby" w ziemi, udaliśmy się na tamę w Solinie. Liczne sklepiki z pamiątkami pozwoliły nam zebrać także materialne dowody przemiłego pobytu w Bieszczadach – oczywiście poza zdjęciami, których także i tam powstało sporo.

O 15:05 ruszyliśmy w drogę powrotną, by pożegnać pierwszych planowo zbierajacych się do powrotu: Avena, DarkItę i Jarhema. Jak na całym szlaku (nie tylko przy borówkach), także i tym razem udało się doświadczonemu w zielarstwie Rajkowi zebrać miętę, tymianek i melisę, których próżno w betonowych dżunglach szukać z myślą o zdrowiu. Uszczuplona gromadka powróciła by rozpalić ognisko i znów spoglądać w, delikatnie mówiąc, liczne gwiazdy. Tym razem lepiej przygotowani – z kocami i matami, nie niepokojeni przez mgłę – długo szukaliśmy śladów obcego życia rozważając sprawy od błahych a na śmiertelnie poważnych kończąc. Powiększyliśmy grono osób potrafiących zagrać w Kontakt i planując sypiać kiedyś pod co najmniej tak rozgwieżdżonym niebem, jak w Bieszczadach – zasnęliśmy zaczynając już tęsknić.

images/stories/articles/285/273 - Nh4c4bu.jpgimages/stories/articles/285/305 - hwzXlam.jpg

20 lipca

Dzień pożegnań zaczął się szybko, i szybko się skończył. Już o 11 w Bóbrce nie było po nas śladu. Może jeszcze gdzieś się niosło echo naszych żartów i śmiechów ostatniego tygodnia, ale my wiemy, że będzie się ono niosło gdziekolwiek byśmy nie byli...


Do zobaczenia na zlocie w Ostaszewie :)


Wisienka91

20-08-2017, 00:11

Valid XHTML & CSS | Design by: LernVid.com